Drogie Panie, drogie siostry krwi kosmetycznego świata. Czyż to nie raz
spoglądałyśmy zazdrosnym okiem na nasze amerykańskie towarzyszki
pudrujące się MACiem, zachwalające kolekcję Mac Viva Glam, Gagę, Fafi,
Wonder Woman? Było tak prawda? Nie dajmy się zwieść. Bo Polki nie gęsi,
mamy INGLOT! Nasze, piękne, kolorowe, tanie. Wkrótce będę się rozpisywać
na temat INGLOTA, będę tworzyć eseje i kosmetyczne wywody na miarę
epopei. Usłyszą o nas!
Wkrótce podrzucę fotki cieni do powiek, ale dziś na temat pomadki. Pomadki zakupionej jakiś czas temu, pomadki w kolorze różu zamkniętej w ślicznym słoiczku. Jest to historia pomadki, która trafiła do mojej kolekcji przypadkiem, która podbiła moje serce.
Kolor: zgaszony róż
Wkrótce podrzucę fotki cieni do powiek, ale dziś na temat pomadki. Pomadki zakupionej jakiś czas temu, pomadki w kolorze różu zamkniętej w ślicznym słoiczku. Jest to historia pomadki, która trafiła do mojej kolekcji przypadkiem, która podbiła moje serce.
Kolor: zgaszony róż
Pigmentacja: w skali 1-10 9!
Konsystencja: kremowa, przyjemna, gęsta
Opakowanie: słoiczek, plastikowy, ciężki
Użytkowanie: Pani w Inglocie dołączyła do pomadki pędzelek, który jak na pędzelki dodawane do produktów jest całkiem, całkiem. Nie, nie wyrzuciłam go. Ale często też nakładam szminkę palce, co wychodzi mi najlepiej.
Efekt: lśniący, usta gładkie, nie schodzą po niej skórki, nie wysusza ust. Jak na osobę, której nie imają się produkty do ust, to ta pomadka wytrzymuje długo.
Ocena końcowa: tak, kupię ich jeszcze pięć, bo kolorów jest sporo do wyboru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz